Jechałam
wczoraj tramwajem. Nie ma w tym zdaniu żadnej niezwykłości: tramwaj spóźnił się
– jak zwykle, był wypełniony ludźmi (Chciałam napisać – bydłem, ale
powstrzymałam zbyt pewną siebie dłoń – ze strachu, że przynależę do tego
bydła.) – jak zwykle; dzwonek dał sygnał i zatrzasnęły się drzwi – jak zwykle.
Powtarzalność tego codziennego rytuału podróży z punktu A do punktu B została
jednak przerwana jednym niepasującym elementem.
Tą
skazą na szkle doskonale uporządkowanej rzeczywistości było puste, plastikowe
krzesło w pełnym upoconych ciał tramwaju. Jak ono przykuło moją uwagę! Cały
świat stał się nagle tym krzesłem. Czerwony kolor tylko wyostrzał jego
istnienie. Świecił jak płomień niedogaszalnego ogniska, które paliło się na
drewnie mojej rozgrzanej do – przysłowiowej, a teraz też dosłownej - czerwoności jaźni.
Z
wielkim trudem oderwałam od tego przeklętego krzesełka swój wzrok. Ale ono już
było we mnie – jego nieznośny obraz malował się cienką linią na czarnym tle
moich zamykanych z zawrotną prędkością oczu. (Słońce świeciło zbyt intensywnie,
do tego stopnia, że byłabym w stanie przez nie zabić drugiego człowieka.)
Popatrzyłam na moich współtowarzyszy podróży i wiedziałam, że wszyscy widzieli
to krzesło, - to wolne, tramwajowe miejsce. Owoc pożądania każdej spragnionej
siedzenia słodkiego i wygodnego dupy ludzkiej.
Ale
im bardziej ja widziałam, że oni widzą, tym bardziej chcieli oni to widzenie
swoje zakryć niewidzeniem. Wszystkie podstarzałe pięćdziesiątki spoglądały to
na mnie, to na czerwone krzesło. Ile dramatyzmu było w tych zmęczonych, lecz
zdeterminowanych spojrzeniach. Widziałam, jak natężają każdy mięsień twarzy, by
wygładzić powstające z czasu i łez kurze łapki wokół oczu. Ile walki, ile
heroizmu w tych niemłodych ciałach. I te myśli, które kłębiły się pod pokrytymi
zalakierowanymi, krótkimi fryzurami czaszkami: „Przecież to miejsce nie zostało
zwolnione dla mnie… Jestem piękną, młodą kobietą. Ciągle mam dwadzieścia lat.
Ciągle życie jest przecież przede mną. Wszystko, co najlepsze, dopiero się
wydarzy. Mój mąż kocha mnie, a ja kocham jego. Nasz seks jest doskonały. Moje
ciało nie jest pokryte cienkimi, białymi nitkami rozstępów, a tłuszcz nie
odłożył się obrzydliwą fałdą na brzuchu, udach, łydkach, ramionach. O,
spuchnięte stopy, kolana, kostki mojej matki! Przecież to jeszcze nie jest moją
opowieść! Prawda? Czy to już jest starość – to miejsce zwolnione przez zbyt
skąpo ubraną pannicę ze złego domu? Czy to znaczy, że nie mogę już? Czego? Nie
wiem, czego. Wszystkiego. Boże, jeśli usiądę – czy to będzie starość? Czy to
będzie pierwszy krok w powolnym opadaniu na dno dębowej trumny? Przecież ja nie
mogę umrzeć! Ja nie mogę być stara! Jeszcze nie teraz. Przecież nic nie
osiągnęłam. Rozwiodłabym się z tym gnojem, ale wzięliśmy wspólny kredyt. Dwadzieścia
lat temu! Kurwa, dlaczego byłam tak głupia? Przecież wiedziałam, że to się
skończy leżeniem na kanapie z piwskiem w jednej ręce, a pilotem w drugiej. I
tyciem. Tyciem, tyciem, tyciem. Tłuszcz jest wszędzie. Ta obrzydliwa, żółta
tkanka na każdym centymetrze naszych ciał. I im więcej tej tkanki, tym mniej
mnie. Seks skończył się po drugim dziecku. On chciał syna, więc zmuszał się do
spania ze mną po pierwszej ciąży. Widziałam, jak robi to z zamkniętymi oczami,
które miały imitować rozkosz, ale nieudolnie zakrywały tylko pełne obrzydzenia
spojrzenie. Pamiętam jego minę, kiedy usłyszał: dziewczynka. To było jak wyrok
skazujący i uniewinniający jednocześnie: więc nie będę Ojcem dla Syna, ale za
to już nigdy nie będę musiał jej posuwać – dwie dziewczynki powinny wystarczyć.
Boże, jak ja go nienawidzę. I córek też nienawidzę – ich ciał młodych i
jędrnych, włosów intensywnie brązowych i długich. Kurwa! Dlaczego ja ścięłam
włosy? A teraz stoję w tym tramwaju, spocona jak świnia pomiędzy pięćdziesiątką
podobnych mi spoconych świń i musze wąchać ich smród i słuchać ich mlasków.
Jeszcze to miejsce wolne. Przy oknie. Po zacienionej stronie tramwaju.
Idealne.” Takich kobiet w moim wagonie było siedem. Słyszałam każdą z ich
myśli, tak samo, jak widziałam pożądanie w ich oczach.
Tramwaj
przejechał dwa przystanki, a to czerwone krzesło dalej było puste. Myślałam, że
nie wytrzymam go: podejdę, wyrwę je z podłogi i wyrzucę na najbliższym
przystanku, jak wyrzuca się noworodki na śmietnik. Był pozbyć się tego pustego
miejsca – tego mózgowego noworodka, który urodził się i, niechciany, musi
zostać porzucony – i musi zginąć, abym ja mogła żyć. Muszę przecież dojechać do
końca trasy. Jeden, cztery, siedem przystanków. Siedem przystanków jak siedem
kręgów piekielnych. „Dante – pomyślałam – co ty tu kurwa robisz? W tym
rozpoconym tramwaju sierpniowym?” zapytałam pisarza, którego przyuważyłam obok
siebie. „nie wiem. Zdaje się, że jadę. Nie wiem tylko, gdzie. Kiedyś
wiedziałem. Była góra, dół i spokój święty. Dosłownie.” „A dziś człowiek spada
we wszystkich kierunkach na raz.” „Różewicz, ty też?! Sępolno w drugą stronę.
Tramwaj pomyliłeś.” „A, to przepraszam.”
W
mojej głowie rozgrywał się jakiś jednoaktowy dramat, a to miejsce było dalej
puste. Sześć przystanków. Pierwszy krąg. Dlaczego ludzi przybywa, Anie ubywa?
Dokąd oni jadą, ci wszyscy starzy ludzie? W domach siedzieć… Siedzieć,
wysiadywać zgniłe jajka waszych karłowatych egzystencji na tym krzesełku
plastikowym, czerwony, ocienionym, idealnym. Dlaczego nikt na nim nie siada? Pięć
Przystanków. Drugi krąg. Przecież chcecie usiąść. Przestańcie niewidzieć. To
kłamstwo. Świata poza tym miejscem zwolnionym nie widzicie. I ja poza nim nic
nie widzę, ale staram się, z całych sił się staram, dostrzec też was i twarz
Dantego. Cztery przystanki. Trzeci krąg. Jak ja was nienawidzę. Bydło. Trzy
przystanki. Czwarty krąg. Siebie też nienawidzę. Bo też jestem bydłem. Tylko z
książką pod pachą. Czy to czyni mnie lepszą? Tak. To czyni mnie cholernie
lepszą. Czy wy w ogóle umiecie jeszcze czytać? Siadajcie na tym cholernym
krześle i udowodnijcie, że błędnie oskarżam was o czytelniczy analfabetyzm. Dwa
przystanki. Piąty krąg. Boże! Dlaczego stworzyłeś nas takimi śmierdzącymi
świniami. Nienawidzisz nas, prawda? Specjalnie nas takimi zrobiłeś – żeby było
Ci łatwiej nas żałować. Sprytne. Gorąco. Miejsce wciąż wolne. Kobiety prawie
płaczą. Starość jest już tutaj. Tutaj jest. Patrzcie na nie, karmcie się tym
ciałem – tą starością – tym czerwonym krzesłem. Przystanek. Szósty krąg. Doszło
do mnie, dlaczego nikt nie siada. Bo to miejsce – to jest wyrzut sumienia. Bo
każdy boi się śmierci. Bo ludzie to w gruncie rzeczy tchórze, lękający się nie
tyle śmierci nawet, co życia tylko samego. Spłynęła na mnie łaska i żal spadł
mi z serca. Myśli takie jak ta – pospolite i utkane z powtarzalności wracały
powoli świat na swoje miejsce. Podeszłam spokojnie do czerwonego krzesełka i
usiadłam.
Słyszałam jeszcze za sobą płacz i zgrzytanie zębów. Trąby zaczęły zapowiadać Apokalipsę. Rozdarła się zasłona przybytku i rozstąpiła się ziemia, a z tej ziemi zdawało się słyszeć potężny głos wypowiadający tylko dwa, prorocze słowa, w których zawierała się cała mądrość wszechświatów: koniec trasy. Ostatni przystanek. „Siódmy krąg.” Dopowiedziałam sama sobie i wstałam. Wyszłam z tramwaju z podniesioną głową.
Słyszałam jeszcze za sobą płacz i zgrzytanie zębów. Trąby zaczęły zapowiadać Apokalipsę. Rozdarła się zasłona przybytku i rozstąpiła się ziemia, a z tej ziemi zdawało się słyszeć potężny głos wypowiadający tylko dwa, prorocze słowa, w których zawierała się cała mądrość wszechświatów: koniec trasy. Ostatni przystanek. „Siódmy krąg.” Dopowiedziałam sama sobie i wstałam. Wyszłam z tramwaju z podniesioną głową.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz