piątek, 4 września 2015

Wyrzut sumienia

            Jechałam wczoraj tramwajem. Nie ma w tym zdaniu żadnej niezwykłości: tramwaj spóźnił się – jak zwykle, był wypełniony ludźmi (Chciałam napisać – bydłem, ale powstrzymałam zbyt pewną siebie dłoń – ze strachu, że przynależę do tego bydła.) – jak zwykle; dzwonek dał sygnał i zatrzasnęły się drzwi – jak zwykle. Powtarzalność tego codziennego rytuału podróży z punktu A do punktu B została jednak przerwana jednym niepasującym elementem.
            Tą skazą na szkle doskonale uporządkowanej rzeczywistości było puste, plastikowe krzesło w pełnym upoconych ciał tramwaju. Jak ono przykuło moją uwagę! Cały świat stał się nagle tym krzesłem. Czerwony kolor tylko wyostrzał jego istnienie. Świecił jak płomień niedogaszalnego ogniska, które paliło się na drewnie mojej rozgrzanej do – przysłowiowej, a teraz też dosłownej -  czerwoności jaźni.
            Z wielkim trudem oderwałam od tego przeklętego krzesełka swój wzrok. Ale ono już było we mnie – jego nieznośny obraz malował się cienką linią na czarnym tle moich zamykanych z zawrotną prędkością oczu. (Słońce świeciło zbyt intensywnie, do tego stopnia, że byłabym w stanie przez nie zabić drugiego człowieka.) Popatrzyłam na moich współtowarzyszy podróży i wiedziałam, że wszyscy widzieli to krzesło, - to wolne, tramwajowe miejsce. Owoc pożądania każdej spragnionej siedzenia słodkiego i wygodnego dupy ludzkiej.
            Ale im bardziej ja widziałam, że oni widzą, tym bardziej chcieli oni to widzenie swoje zakryć niewidzeniem. Wszystkie podstarzałe pięćdziesiątki spoglądały to na mnie, to na czerwone krzesło. Ile dramatyzmu było w tych zmęczonych, lecz zdeterminowanych spojrzeniach. Widziałam, jak natężają każdy mięsień twarzy, by wygładzić powstające z czasu i łez kurze łapki wokół oczu. Ile walki, ile heroizmu w tych niemłodych ciałach. I te myśli, które kłębiły się pod pokrytymi zalakierowanymi, krótkimi fryzurami czaszkami: „Przecież to miejsce nie zostało zwolnione dla mnie… Jestem piękną, młodą kobietą. Ciągle mam dwadzieścia lat. Ciągle życie jest przecież przede mną. Wszystko, co najlepsze, dopiero się wydarzy. Mój mąż kocha mnie, a ja kocham jego. Nasz seks jest doskonały. Moje ciało nie jest pokryte cienkimi, białymi nitkami rozstępów, a tłuszcz nie odłożył się obrzydliwą fałdą na brzuchu, udach, łydkach, ramionach. O, spuchnięte stopy, kolana, kostki mojej matki! Przecież to jeszcze nie jest moją opowieść! Prawda? Czy to już jest starość – to miejsce zwolnione przez zbyt skąpo ubraną pannicę ze złego domu? Czy to znaczy, że nie mogę już? Czego? Nie wiem, czego. Wszystkiego. Boże, jeśli usiądę – czy to będzie starość? Czy to będzie pierwszy krok w powolnym opadaniu na dno dębowej trumny? Przecież ja nie mogę umrzeć! Ja nie mogę być stara! Jeszcze nie teraz. Przecież nic nie osiągnęłam. Rozwiodłabym się z tym gnojem, ale wzięliśmy wspólny kredyt. Dwadzieścia lat temu! Kurwa, dlaczego byłam tak głupia? Przecież wiedziałam, że to się skończy leżeniem na kanapie z piwskiem w jednej ręce, a pilotem w drugiej. I tyciem. Tyciem, tyciem, tyciem. Tłuszcz jest wszędzie. Ta obrzydliwa, żółta tkanka na każdym centymetrze naszych ciał. I im więcej tej tkanki, tym mniej mnie. Seks skończył się po drugim dziecku. On chciał syna, więc zmuszał się do spania ze mną po pierwszej ciąży. Widziałam, jak robi to z zamkniętymi oczami, które miały imitować rozkosz, ale nieudolnie zakrywały tylko pełne obrzydzenia spojrzenie. Pamiętam jego minę, kiedy usłyszał: dziewczynka. To było jak wyrok skazujący i uniewinniający jednocześnie: więc nie będę Ojcem dla Syna, ale za to już nigdy nie będę musiał jej posuwać – dwie dziewczynki powinny wystarczyć. Boże, jak ja go nienawidzę. I córek też nienawidzę – ich ciał młodych i jędrnych, włosów intensywnie brązowych i długich. Kurwa! Dlaczego ja ścięłam włosy? A teraz stoję w tym tramwaju, spocona jak świnia pomiędzy pięćdziesiątką podobnych mi spoconych świń i musze wąchać ich smród i słuchać ich mlasków. Jeszcze to miejsce wolne. Przy oknie. Po zacienionej stronie tramwaju. Idealne.” Takich kobiet w moim wagonie było siedem. Słyszałam każdą z ich myśli, tak samo, jak widziałam pożądanie w ich oczach.
            Tramwaj przejechał dwa przystanki, a to czerwone krzesło dalej było puste. Myślałam, że nie wytrzymam go: podejdę, wyrwę je z podłogi i wyrzucę na najbliższym przystanku, jak wyrzuca się noworodki na śmietnik. Był pozbyć się tego pustego miejsca – tego mózgowego noworodka, który urodził się i, niechciany, musi zostać porzucony – i musi zginąć, abym ja mogła żyć. Muszę przecież dojechać do końca trasy. Jeden, cztery, siedem przystanków. Siedem przystanków jak siedem kręgów piekielnych. „Dante – pomyślałam – co ty tu kurwa robisz? W tym rozpoconym tramwaju sierpniowym?” zapytałam pisarza, którego przyuważyłam obok siebie. „nie wiem. Zdaje się, że jadę. Nie wiem tylko, gdzie. Kiedyś wiedziałem. Była góra, dół i spokój święty. Dosłownie.” „A dziś człowiek spada we wszystkich kierunkach na raz.” „Różewicz, ty też?! Sępolno w drugą stronę. Tramwaj pomyliłeś.” „A, to przepraszam.”
            W mojej głowie rozgrywał się jakiś jednoaktowy dramat, a to miejsce było dalej puste. Sześć przystanków. Pierwszy krąg. Dlaczego ludzi przybywa, Anie ubywa? Dokąd oni jadą, ci wszyscy starzy ludzie? W domach siedzieć… Siedzieć, wysiadywać zgniłe jajka waszych karłowatych egzystencji na tym krzesełku plastikowym, czerwony, ocienionym, idealnym. Dlaczego nikt na nim nie siada? Pięć Przystanków. Drugi krąg. Przecież chcecie usiąść. Przestańcie niewidzieć. To kłamstwo. Świata poza tym miejscem zwolnionym nie widzicie. I ja poza nim nic nie widzę, ale staram się, z całych sił się staram, dostrzec też was i twarz Dantego. Cztery przystanki. Trzeci krąg. Jak ja was nienawidzę. Bydło. Trzy przystanki. Czwarty krąg. Siebie też nienawidzę. Bo też jestem bydłem. Tylko z książką pod pachą. Czy to czyni mnie lepszą? Tak. To czyni mnie cholernie lepszą. Czy wy w ogóle umiecie jeszcze czytać? Siadajcie na tym cholernym krześle i udowodnijcie, że błędnie oskarżam was o czytelniczy analfabetyzm. Dwa przystanki. Piąty krąg. Boże! Dlaczego stworzyłeś nas takimi śmierdzącymi świniami. Nienawidzisz nas, prawda? Specjalnie nas takimi zrobiłeś – żeby było Ci łatwiej nas żałować. Sprytne. Gorąco. Miejsce wciąż wolne. Kobiety prawie płaczą. Starość jest już tutaj. Tutaj jest. Patrzcie na nie, karmcie się tym ciałem – tą starością – tym czerwonym krzesłem. Przystanek. Szósty krąg. Doszło do mnie, dlaczego nikt nie siada. Bo to miejsce – to jest wyrzut sumienia. Bo każdy boi się śmierci. Bo ludzie to w gruncie rzeczy tchórze, lękający się nie tyle śmierci nawet, co życia tylko samego. Spłynęła na mnie łaska i żal spadł mi z serca. Myśli takie jak ta – pospolite i utkane z powtarzalności wracały powoli świat na swoje miejsce. Podeszłam spokojnie do czerwonego krzesełka i usiadłam.
            Słyszałam jeszcze za sobą płacz i zgrzytanie zębów. Trąby zaczęły zapowiadać Apokalipsę. Rozdarła się zasłona przybytku i rozstąpiła się ziemia, a z tej ziemi zdawało się słyszeć potężny głos wypowiadający tylko dwa, prorocze słowa, w których zawierała się cała mądrość wszechświatów: koniec trasy. Ostatni przystanek. „Siódmy krąg.” Dopowiedziałam sama sobie i wstałam. Wyszłam z tramwaju z podniesioną głową. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz