niedziela, 21 lutego 2016

Golgota



Wiem, to była Góra. To było na górze. Na wzgórzu. Na wzniesieniu. Przestrzeń wyrwana siłą rzeczy z rzeczywistości. Wyodrębniona naturalnie. Odkształcona. Zniekształcona. Inna i wyobcowana. Góra nazywa się Golgota. Góra nazywa się Miejsce Czaszki. Góra nazywa się Czaszka. Góra nazywa się Marność. Góra nazywa się Minę. Góra nazywa się Trwam w Czasie. Góra nazywa się Patrz. Góra nazywa się Przede mną nie ma ucieczki. To góra, która rozrosła się w życie. To góra rozrosła się w śmierć.
            Widzę jak wisisz na krzyżu. Widzę to wszystko, co z krzyża widzisz. Nic nie widzę. Nie ma tam innych ludzi poza tobą i mną; i tymi, którzy wiszą razem z nami, ale poza nami. Nikogo nie ma, a jednak mam wrażenie tłumu, który płynie w pustce jakimś nieokreślonym strumieniem dusz i oddechów. Tylko je przeczuwam jakimś nieznanym zmysłem obserwacji niewidzialnego, przed którym nie umiem uciec – w tym zawieszeniu między tobą a mną, tym skrzyżowaniu się moim i twoim, w tym naszym ukrzyżowaniu. Czuję jak cię boli. Czuję, że wiesz, że tego bólu doświadczasz tylko ty sam. Nie ma tam w tobie tego, który tak głośno milczy. Jest tylko to promieniowanie, którego nie da się znieść. Każdy twój mięsień powoli odrywa się od kości, które łamią się – jedna po drugiej poddają się w walce o przetrwanie. Płuca wypełniają się płynem. Topisz się. Nie możesz oddychać. Zapadające się tkanki odbierają zdolność jakiegokolwiek rozumowania. Świat na przemian jest: światłem i ciemnością, dobrem i złem, niebem i piekłem. Ta krew, krew tak drogocenna, tak poszukiwana, tak upragniona, wylewa się z ciebie i świętokradzko rozlewa się na tę wyjałowioną ziemię tego nieobecnego tłumu. Krew – ten kolor, ten stan, to upojenie się. Każda twoja rana jest moją raną. Każdą ranę zadałeś sobie sam. Każdą ranę zadałam tobie. Każdą ranę zadałeś mi. Zadałam, zadałeś – jakby to było jakieś zadanie do spełnienia, coś do wykonania, coś do przeżycia, coś do przekształcenia, coś do umierania i coś do zmartwychwstawania. Nie możesz już oddychać. Nie mogę już oddychać. Udusimy się zaraz razem. Wiem to, to już nie jest przeczucie. Gałki oczne przestały absorbować światło. Już nie widzisz nic. Jesteś ślepy. Nogi – czym są teraz nogi. Jakimiś upośledzonymi kawałkami mięsa i kości. Te twoje nogi. Te moje nogi. Te nasze nogi. Nasze ręce. Nasze klatki piersiowe. Umięśnione. Mięso rzucone w nikogo, za nic, przez nic, poza nic. Tam nikogo nie ma. Ślina spływa po szyi skazańca. Ślina. Chcemy splunąć na to wszystko. Wiesz o tym, że chcesz ich opluć – tych, którzy powinni tu być, ale ich nie ma, bo ich nigdy nie było. To tylko legenda. Te tłumy, które chodziły za tobą, które chodziły za mną, to wytwór odnarratorskiej fantazji. Ale nie martw się, to się wszystko zaraz skończy. Płuca są już cięższe. Oddech niknie. Napięcie wzrasta. Czujesz? To pęka ci serce. To pęka mi serce. Ono po prostu nie zniesie już więcej. Kolejny oddech jest wyrokiem śmierci. Po co o to walczyć. Moglibyśmy żyć dłużej, gdybyśmy przestali oddychać. Moglibyśmy wtedy przeskoczyć śmierć, oszukać ją. To kuszące, prawda? Dobrze, możemy oddychać, tak bardzo cichutko, tak, aby nikt nie słyszał, że jeszcze żyjemy. Możemy tak oddychać bardzo długo, do końca. Możemy tak oddychać oszukańczo, taki oddech – kłamstwo. Nie chcemy kłamać. Więc musimy umierać. Krzyczysz. Krzyczę. Pragnę. Pragniesz. Ale to nie jest krzyk odwagi, wiemy to. To krzyk największego strachu. Jesteśmy tchórzami. O ile przyjemniej umierałoby się jak Bóg na tych wszystkich obrazach, które już znamy oboje. Te wszystkie Ukrzyżowania, te wszystkie Golgoty. Bezkrwawe, marmurowe ciała zastygłe w jakimś niezidentyfikowanym nastroju zadziwienia. Chcielibyśmy tak umierać. Tak pomnikowo. Tak martwo. Tak jak nikt. A tymczasem: jest krew, jest pot, jest mięso, jest ślina, jest kał, jest mocz, jest wymiocina na lewej piersi, zapadające się płuca, pękające wątroby, śledziony, nerki powykręcane, otwierające się jelita i rany na obu rękach; pękające serce. To się zdaje nie mieć końca. Zdejmij ze mnie tę koronę. Wcale nie chciałam jej zakładać. Założono ci ją. Założono mi ją. Pragnę. Pragnę nie zakładać korony. Pragnę uleczyć swoje rany. Pragnę nie rzygać na was. Pragnę się nie wykrwawiać. Pragnę, aby niebo było tylko błękitne; aby niebo kończyło się dla mnie liną horyzontu; aby było skończone. Pragnę jeszcze jednego oddechu. Będę o niego walczył. Będę o niego walczyła. Zdejmijcie mnie z tego krzyża. Zdejmijcie mnie. Otoczcie staranną opieką medyczną. Połóżcie do łóżka i pozwólcie leżeć. Żaden człowiek nie zasługuje na takie umieranie. Ale będą tak umierać, wiemy o tym. Będą umierać jeszcze gorzej. Będą umierać. Skazani na śmierć niewinni. Jestem niewinny. Przecież nikt nie rzucił kamieniem. Dlaczego mnie to spotkało. Dlaczego mnie to spotyka. Takie umieranie na krzyżu, na górze, na czaszce. Pragnę. Wstanę z łóżka. Obudzę się w cieple i bezpieczeństwie. Wypiję zdrowie Barabasza. Ale przecież – ja się dławię. Dławię się własną śliną. Oddech. To jest walka o oddech. Serce. To serce pełne. Serce pełne krwi. Ono się wykrwawia, napełnia krwią w każdej sekundzie życia. To ciągłe wykrwawianie i dokrwawianie. Okrwawiamy się wciąż. A gdyby tak przestać. To serce. Pragnę. Pragniesz. Pragniemy. Pragnę. Pragniesz. Pragniemy. Pragnę! To serce pęka. To serce pękło. …………………………………………………………….……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………
A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: «Wykonało się!» I skłoniwszy głowę oddał ducha. Gdy Jan pisał to zdanie, nie mógł wiedzieć, mógł tylko przeczuwać, jednak nie przeczuwał, że okrzyk „wykonało się” było tylko potwierdzeniem wykonania zadania, tego zadania bólu, tego zadania rozpaczy, tego zadania śmierci, tego zadania korony, która na głowę została założona.

Była Tam tylko ciemność śmierci. Jej jedyny i ostatni kształt. Niebo rozpadło się. Nie było tam Boga. Wstąpił przecież do piekieł. Był lęk i trwoga, samotność i strach, ból i rozczarowanie; pęknięte serce i niespełnione pragnienie. Poza tym tłum dusz, które umarły przed tobą. Poza tym tłum dusz, które umarły przede mną. W tej samej chwili umierało nas bardzo wiele. I my wszyscy też pragnęliśmy i też spełnialiśmy swoje zadanie umierania. I nie było tam żadnej wielkiej teologii. Żadnego wielkiego objawienia. Nie mogło być. I nie ma w tym żadnej wielkiej teologii. Żadnego wielkiego objawienia. Nie może być.
Dlaczego zmartwychwstanie. Bo to przecież zupełnie naturalne, że się żyje po śmierci. Serca pękają, a potem zrastają się rany; krew znów wpompowywana jest w żyły i tętnice. Nie dzieje się absolutnie nic. Wszystko jest dobrze. Jednak – korona ci z głowy nie spadnie. Nie licz na to. Na chwilę przestanie cię ona uwierać. Kolce wrosną w skórę. Zapomnisz o ich istnieniu. Przestaniesz się topić. Zahartujesz się w tym ogniu piekielnym, zbawiennym. Znowu zaczniesz oddychać. Golgota oddali się na bezpieczną odległość wyciągniętej ręki. Tych dwóch po bokach spokojnie wróci do swoich domów, zajmą się swoimi sprawami. Barabasz znów zostanie uwięziony. Piłat dalej będzie miał brudne ręce. Ludzie wrócą do szeptania i pomrukiwania. Kupcy na nowo rozstawią stragany w murach świątyni. Piotr będzie zwykłym rybakiem – półgłówkiem, a Jan zdąży po raz kolejny przestudiować pisma Platona.
Do następnej Golgoty, której szczyty przeczuwa już horyzont świadomości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz