Wiem, to była Góra. To
było na górze. Na wzgórzu. Na wzniesieniu. Przestrzeń wyrwana siłą rzeczy z
rzeczywistości. Wyodrębniona naturalnie. Odkształcona. Zniekształcona. Inna i
wyobcowana. Góra nazywa się Golgota. Góra nazywa się Miejsce Czaszki. Góra nazywa
się Czaszka. Góra nazywa się Marność. Góra nazywa się Minę. Góra nazywa się
Trwam w Czasie. Góra nazywa się Patrz. Góra nazywa się Przede mną nie ma
ucieczki. To góra, która rozrosła się w życie. To góra rozrosła się w śmierć.
Widzę
jak wisisz na krzyżu. Widzę to wszystko, co z krzyża widzisz. Nic nie widzę.
Nie ma tam innych ludzi poza tobą i mną; i tymi, którzy wiszą razem z nami, ale
poza nami. Nikogo nie ma, a jednak mam wrażenie tłumu, który płynie w pustce
jakimś nieokreślonym strumieniem dusz i oddechów. Tylko je przeczuwam jakimś
nieznanym zmysłem obserwacji niewidzialnego, przed którym nie umiem uciec – w
tym zawieszeniu między tobą a mną, tym skrzyżowaniu się moim i twoim, w tym
naszym ukrzyżowaniu. Czuję jak cię boli. Czuję, że wiesz, że tego bólu
doświadczasz tylko ty sam. Nie ma tam w tobie tego, który tak głośno milczy.
Jest tylko to promieniowanie, którego nie da się znieść. Każdy twój mięsień
powoli odrywa się od kości, które łamią się – jedna po drugiej poddają się w
walce o przetrwanie. Płuca wypełniają się płynem. Topisz się. Nie możesz
oddychać. Zapadające się tkanki odbierają zdolność jakiegokolwiek rozumowania.
Świat na przemian jest: światłem i ciemnością, dobrem i złem, niebem i piekłem.
Ta krew, krew tak drogocenna, tak poszukiwana, tak upragniona, wylewa się z
ciebie i świętokradzko rozlewa się na tę wyjałowioną ziemię tego nieobecnego
tłumu. Krew – ten kolor, ten stan, to upojenie się. Każda twoja rana jest moją
raną. Każdą ranę zadałeś sobie sam. Każdą ranę zadałam tobie. Każdą ranę
zadałeś mi. Zadałam, zadałeś – jakby to było jakieś zadanie do spełnienia, coś
do wykonania, coś do przeżycia, coś do przekształcenia, coś do umierania i coś
do zmartwychwstawania. Nie możesz już oddychać. Nie mogę już oddychać. Udusimy
się zaraz razem. Wiem to, to już nie jest przeczucie. Gałki oczne przestały
absorbować światło. Już nie widzisz nic. Jesteś ślepy. Nogi – czym są teraz
nogi. Jakimiś upośledzonymi kawałkami mięsa i kości. Te twoje nogi. Te moje
nogi. Te nasze nogi. Nasze ręce. Nasze klatki piersiowe. Umięśnione. Mięso
rzucone w nikogo, za nic, przez nic, poza nic. Tam nikogo nie ma. Ślina spływa
po szyi skazańca. Ślina. Chcemy splunąć na to wszystko. Wiesz o tym, że chcesz
ich opluć – tych, którzy powinni tu być, ale ich nie ma, bo ich nigdy nie było.
To tylko legenda. Te tłumy, które chodziły za tobą, które chodziły za mną, to
wytwór odnarratorskiej fantazji. Ale nie martw się, to się wszystko zaraz
skończy. Płuca są już cięższe. Oddech niknie. Napięcie wzrasta. Czujesz? To
pęka ci serce. To pęka mi serce. Ono po prostu nie zniesie już więcej. Kolejny
oddech jest wyrokiem śmierci. Po co o to walczyć. Moglibyśmy żyć dłużej,
gdybyśmy przestali oddychać. Moglibyśmy wtedy przeskoczyć śmierć, oszukać ją.
To kuszące, prawda? Dobrze, możemy oddychać, tak bardzo cichutko, tak, aby nikt
nie słyszał, że jeszcze żyjemy. Możemy tak oddychać bardzo długo, do końca.
Możemy tak oddychać oszukańczo, taki oddech – kłamstwo. Nie chcemy kłamać. Więc
musimy umierać. Krzyczysz. Krzyczę. Pragnę. Pragniesz. Ale to nie jest krzyk
odwagi, wiemy to. To krzyk największego strachu. Jesteśmy tchórzami. O ile
przyjemniej umierałoby się jak Bóg na tych wszystkich obrazach, które już znamy
oboje. Te wszystkie Ukrzyżowania, te wszystkie Golgoty. Bezkrwawe, marmurowe ciała
zastygłe w jakimś niezidentyfikowanym nastroju zadziwienia. Chcielibyśmy tak
umierać. Tak pomnikowo. Tak martwo. Tak jak nikt. A tymczasem: jest krew, jest
pot, jest mięso, jest ślina, jest kał, jest mocz, jest wymiocina na lewej
piersi, zapadające się płuca, pękające wątroby, śledziony, nerki powykręcane,
otwierające się jelita i rany na obu rękach; pękające serce. To się zdaje nie
mieć końca. Zdejmij ze mnie tę koronę. Wcale nie chciałam jej zakładać.
Założono ci ją. Założono mi ją. Pragnę. Pragnę nie zakładać korony. Pragnę
uleczyć swoje rany. Pragnę nie rzygać na was. Pragnę się nie wykrwawiać. Pragnę,
aby niebo było tylko błękitne; aby niebo kończyło się dla mnie liną horyzontu;
aby było skończone. Pragnę jeszcze jednego oddechu. Będę o niego walczył. Będę
o niego walczyła. Zdejmijcie mnie z tego krzyża. Zdejmijcie mnie. Otoczcie
staranną opieką medyczną. Połóżcie do łóżka i pozwólcie leżeć. Żaden człowiek nie zasługuje na takie
umieranie. Ale będą tak umierać, wiemy o tym. Będą umierać jeszcze gorzej. Będą
umierać. Skazani na śmierć niewinni. Jestem niewinny. Przecież nikt nie rzucił
kamieniem. Dlaczego mnie to spotkało. Dlaczego mnie to spotyka. Takie umieranie
na krzyżu, na górze, na czaszce. Pragnę. Wstanę z łóżka. Obudzę się w cieple i
bezpieczeństwie. Wypiję zdrowie Barabasza. Ale przecież – ja się dławię. Dławię
się własną śliną. Oddech. To jest walka o oddech. Serce. To serce pełne. Serce
pełne krwi. Ono się wykrwawia, napełnia krwią w każdej sekundzie życia. To
ciągłe wykrwawianie i dokrwawianie. Okrwawiamy się wciąż. A gdyby tak przestać.
To serce. Pragnę. Pragniesz. Pragniemy. Pragnę. Pragniesz. Pragniemy. Pragnę!
To serce pęka. To serce pękło.
…………………………………………………………….……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………
A gdy Jezus skosztował octu, rzekł:
«Wykonało się!» I skłoniwszy głowę oddał ducha. Gdy Jan pisał to zdanie, nie
mógł wiedzieć, mógł tylko przeczuwać, jednak nie przeczuwał, że okrzyk
„wykonało się” było tylko potwierdzeniem wykonania zadania, tego zadania bólu,
tego zadania rozpaczy, tego zadania śmierci, tego zadania korony, która na
głowę została założona.
Była Tam tylko ciemność
śmierci. Jej jedyny i ostatni kształt. Niebo rozpadło się. Nie było tam Boga.
Wstąpił przecież do piekieł. Był lęk i trwoga, samotność i strach, ból i
rozczarowanie; pęknięte serce i niespełnione pragnienie. Poza tym tłum dusz,
które umarły przed tobą. Poza tym tłum dusz, które umarły przede mną. W tej
samej chwili umierało nas bardzo wiele. I my wszyscy też pragnęliśmy i też
spełnialiśmy swoje zadanie umierania. I nie było tam żadnej wielkiej teologii.
Żadnego wielkiego objawienia. Nie mogło być. I nie ma w tym żadnej wielkiej
teologii. Żadnego wielkiego objawienia. Nie może być.
Dlaczego
zmartwychwstanie. Bo to przecież zupełnie naturalne, że się żyje po śmierci.
Serca pękają, a potem zrastają się rany; krew znów wpompowywana jest w żyły i
tętnice. Nie dzieje się absolutnie nic. Wszystko jest dobrze. Jednak – korona
ci z głowy nie spadnie. Nie licz na to. Na chwilę przestanie cię ona uwierać.
Kolce wrosną w skórę. Zapomnisz o ich istnieniu. Przestaniesz się topić. Zahartujesz
się w tym ogniu piekielnym, zbawiennym. Znowu zaczniesz oddychać. Golgota
oddali się na bezpieczną odległość wyciągniętej ręki. Tych dwóch po bokach
spokojnie wróci do swoich domów, zajmą się swoimi sprawami. Barabasz znów
zostanie uwięziony. Piłat dalej będzie miał brudne ręce. Ludzie wrócą do
szeptania i pomrukiwania. Kupcy na nowo rozstawią stragany w murach świątyni.
Piotr będzie zwykłym rybakiem – półgłówkiem, a Jan zdąży po raz kolejny
przestudiować pisma Platona.
Do następnej Golgoty,
której szczyty przeczuwa już horyzont świadomości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz